piątek, 12 sierpnia 2011

"Pocałunek cienia"

autorka: Richelle Mead
moja ocena: 4/6
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
rok wydania: 2010
liczba stron: 428

Do serii „Akademia wampirów” podchodziłam z daleko posuniętym sceptycyzmem. Oczekiwałam, że dostanę do ręki kolejne książki o dobrych istotach, które powszechnie się miłują i walczą ze złem. W zasadzie to o wiele się nie pomyliłam, ale przekonałam się także, że nie można oceniać książki po opisie na okładce. Cała seria ma dużo do zaoferowania, choć schemat pozostaje na ogół bez zmian.

„Pocałunek cienia” to już trzecia część przygód Rose- dampirki, przyjaciółki Lissy i ukochanej Dymitra. Choć od czasu gdy wróciła do Akademii Władimira minęło raptem pół roku, zdążyła już zdobyć dwa tatuaże molnija i wsadzić za kratki przedstawiciela jednego z rodów królewskich. Tymczasem w szkole rozpoczynają się ćwiczenia polowe, polegające na całodobowej ochronie przydzielonego moroja. Rose od dawna nie mogła się ich doczekać pewna, że dostanie pod opiekę Lissę. Sprawy przybierają jednak nieoczekiwany obrót, a w dodatku dampirce zaczyna się ukazywać duch niedawno zamordowanego przyjaciela- Masona. Rose targają negatywne emocje, zaczyna obawiać się o swoje zdrowie psychiczne. Jakby tego było mało, jej uczucie do Dymitra wcale nie wygasa, mimo że oboje zdają sobie sprawę, że ich związek nie ma przyszłości. Jak sobie z tym poradzi dziewczyna, która codziennie musi patrzeć na uczucie Lissy i Christiana? Dlaczego przychodzi do niej Mason w swojej bezcielesnej postaci? Do czego to wszystko doprowadzi?

„Pocałunek cienia” można zasadniczo podzielić na dwie części. W pierwszej następuje rozpoczęcie wielu wątków, nawarstwienie problemów, wprowadzenie czytelnika w sytuację, by w drugiej części sprawy przybrały zadziwiający obrót, akcja przyspieszyła, a czytający został wciągnięty w wir wydarzeń. Zapewne Ameryki nie odkryłam, ale wspominam o tym dlatego, że gdyby przyszło mi oddzielnie oceniać te części, bądź gdyby książka skończyła się we wcześniejszym momencie, znacznie gorzej wypadła by w moich oczach. Z całą świadomością mogę się więc zgodzić z opiniami, że zakończenie może zmienić odbiór całej lektury.
Książka pisana w pierwszej osobie- narratorką jest rzecz jasna Rose. I to jej osoba początkowo wywoływała we mnie negatywne emocje w stosunku do całej książki. Irytująca była jej ciągła zarozumiałość, egoizm, duma i złość. Momentami chciałam rzucić książkę w kąt i już więcej do niej nie wracać. Ale im dalej tym lepiej, a samo zakończenie zaskakuje- autorka nie bała się postąpić z niektórymi bohaterami dość radykalnie.
Postacie wydają się wyraziste, ale jednocześnie nierealne, jakby były złożone z kilku nie pasujących do siebie fragmentów. R. Mead w swoich książkach skupia się na akcji i tworzeniu świata, który w serii „Akademii wampirów”, mimo że oparty na znanych schematach, to jednak ma w sobie coś oryginalnego. W miarę kolejnych części ukazuje nam ten świat małymi kroczkami, po kawałku, aby nie zdradzić za dużo, lecz akurat tyle ile potrzebujemy. Fabuła jest obmyślona, ciekawa i wielowątkowa (może trafniej byłoby napisać „wieloproblemowa”).

Z przyjemnością sięgnę po kolejne tomy, aby się przekonać jak potoczą się losy bohaterów. Dam nawet szansę nieodpowiedzialnej Rose, z którą znielubiłyśmy się od pierwszej części, by znów móc zapomnieć o całym bożym świecie.


Moje opinie na temat poprzednich części serii "Akademia wampirów":

środa, 10 sierpnia 2011

"Krwawy fiolet"

autorka: Dia Reeves
moja ocena: 5/6
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
rok wydania: 2011
liczba stron: 342

„Krwawy fiolet” trafił na moją półkę zupełnie przypadkiem. Przed zakupem jednak rzuciłam okiem na jego recenzje, a większość zawierała określenia „dziwna” i „szalona”. Ponieważ dziwne i szalone książki to mój konik- nie musiałam się długo zastanawiać. Nie spodziewałam się fajerwerków, ot jedynie wciągającego czytadełka na umilenie wieczoru. Często bywa, że spontaniczne, nieprzewidziane zakupy okazują się trafniejsze od tych obmyślanych całymi dniami i tak było też w tym przypadku.
Szesnastoletnią Hannę Järvinen poznajemy w momencie gdy przybywa nocą do domu swojej matki Rosalee. Ale Rosalee nie skacze z radości na widok córki, której od urodzenia nie widziała, mało tego- otwarcie okazuje wrogość i zamiar odesłania jej z powrotem. Wydaje się, że nawet informacja o chorobie psychicznej Hanny nie ma z tym nic wspólnego. Udaje się jej jednak zamieszkać z matką, przynajmniej na okres próbny, aby mogła sprawdzić czy odpowiada jej życie w takim małym, sennym miasteczku jak Portero. Tylko że Portero okazuje się mało przyjaznym miejscem, gdzie ludzie chodzą ubrani na czarno, a co jakiś czas dochodzi do… dziwnych zdarzeń. Tak dziwnych, że w porównaniu z nimi Hanna ze swoją chorobą psychiczną wydaje się być wzorem normalności.
Cała fabuła opiera się na relacjach córki z matką, a raczej próbach nawiązania jakichkolwiek relacji. W międzyczasie poznajemy życie, śmierć i miłość w Portero plus całą masę zamieszkujących je istot. Autorka najwyraźniej słusznie uznała, że wampiry i wilkołaki już są passé i wymyśliła swoje własne potworki, wśród których różowa, latająca pijawka NIE jest najstraszniejsza.
Portero jest miejscem niebezpiecznym i interesującym, do którego określenie „dziwne” pasuje jak ulał, ale które jednocześnie jest miastem jak każde inne, gdzie każdy może przyjechać, usiąść przy fontannie na głównym placu i popatrzeć w błękitne niebo, po czym odjechać lub tutaj zamieszkać. Oczywiście jeśli przeżyje.
Główna bohaterka jest z pewnością jednym z najmocniejszych punktów książki. Już sam fakt, że cierpi na depresję maniakalną i świetnie sobie zdaje z tego sprawę jest dosyć oryginalnym pomysłem. Połączenie jej inteligencji, ciekawości, odwagi i ciętego języka z różnymi dziwactwami, np. obsesją na punkcie fioletu, lubowaniu w rozrywaniu flaków, czy rozmowami ze zmarłym tatkiem, dają naprawdę ciekawy efekt. Po prostu nie da się jej nie lubić.
Świetne dialogi, pełne ironii, złośliwości i humoru są jak wisienka na torcie- zjada się je w pierwszej kolejności, a później wraca do opisów.
Bardzo się cieszę, że „Krwawy fiolet” trafił w moje ręce, gdyż jest to książka oryginalna, nieprzewidywalna i zwariowana. Nie ma w niej miejsca na chwilę nudy, za to momentów gdy oczy niemal wychodzą z orbit jest bez liku. Okładka w pięknych kolorach fioletu i srebra dopełnia całości.

środa, 27 lipca 2011

"Zadanie goblina"

autor: Jim C. Hines
moja ocena: 3/6
wydawnictwo: Fabryka Słów
rok wydania: 2008
liczba stron: 427

Gdybyśmy zagrali w skojarzenia, co byście rzucili na hasło „fantasy”? Magia, elfy, smoki? Może komuś przyjdą na myśl waleczni rycerze, tęgie krasnoludy, czy potężni czarodzieje. Wszystkie te motywy były przez autorów książek fantasy wielokrotnie wykorzystywane, powielane, obracane w pył i tworzone na nowo. O elfach, smokach, czarodziejach i magii pisano już chyba na wszystkie możliwe sposoby. Aż tu znalazł się pewien autor, który sobie umyślił, że głównym bohaterem swojej powieści uczyni… goblina. Trzeba przyznać, że o tej rasie niewiele się mówi i niewiele o niej wiadomo, może poza tym że jest niezbyt inteligentna, mroczna i zła. Jim C. Hines napisał książkę, która przybliża nas do poznania społeczności goblinów- istot może niezbyt skomplikowanych, uduchowionych, czy… w ogóle posiadających jakieś zalety, ale przecież nie każdy musi być idealny. „Zadanie goblina” udowadnia, że nawet ta omijana przez bogów, zmierzająca prosto ku wyginięciu (może lepiej napisać wyrżnięciu w pień) rasa, potrafi wydać na świat jednostkę nieprzeciętną- Jiga.
A Jig zawsze miał nieprzeciętnego pecha. Natura nie obdarzyła go siłą, wzrostem, ani zwinnością, ba, nawet wzrok miał do niczego. Niedowidzący Jig wciąż był poniżany, pełnił najgorsze dyżury i służył za worek treningowy dla pobratymców. Ale natura dała mu w zamian coś, czego nie miały inne gobliny- inteligencję i cięty język (słowo „inteligencja” w jednym zdaniu ze słowem „goblin” to być może lekkie przegięcie z mojej strony, ale w porównaniu ze swoimi krewnymi Jig powinien zostać co najmniej ich bogiem). Dzięki głowie na karku jako jedyny ze swojej jednostki wyszedł cało w starciu z trzema bohaterami i dał się wziąć w niewolę. Sytuacja nie była dla niego może zbyt komfortowa, ale przynajmniej żył, co -biorąc pod uwagę misję z jaką przybyła grupa- długo nie potrwa. Jig został przewodnikiem drużyny po tunelach i z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej się bał.

Hines w mrokach góry znalazł świetny materiał na bohatera swojej książki- przedstawiciela rasy, mimo że powszechnie znanej, to rzadko „używanej”, a to daje poczucie świeżości i oryginalności. Jednocześnie wykorzystuje utarte tematy, jak poszukiwanie starożytnego artefaktu, chęć posiadania ogromnej mocy, czy choćby motyw drużyny, w skład której wchodzą ludzie, elf i krasnolud. W rezultacie powstała książka typu „ale to już było” w nowej odsłonie. Autor okrasił ją dużą dawką dobrego humoru, więc czyta się i lekko i przyjemnie. Jak w kilku słowach ocenić „Zadanie goblina”? To książka czasami przewidywalna, czasami zaskakująca, przeważnie ciekawa, zawsze zabawna. Z miłą chęcią sięgnę po kolejne tomy, ale dopiero za jakiś czas.

wtorek, 19 lipca 2011

"Wyspa wypacykowanej kapłanki miłości"

autor: Christopher Moore
moja ocena: 4/6
wydawnictwo: MAG
rok wydania:2008
liczba stron: 529

Moja miłość do Christopher’a Moore’a jest powszechnie znana w kręgu moich najbliższych i nikt się już specjalnie nie dziwi, gdy czytając jego książki uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Przeczytałam dotychczas wszystkie pozycje tego autora wydane w Polsce nakładem wydawnictwa MAG. Pierwszą, po którą sięgnęłam był „Baranek”, którego do dziś uważam za najlepszą z lektur Moore’a (jeśli nie najlepszą ze wszystkich przeze mnie przeczytanych) i szybko się to chyba nie zmieni. Dla równowagi „Wyspę wypacykowanej kapłanki miłości” przeczytałam jako ostatnią i również ostatnie miejsce zajmuje w moim osobistym „rankingu książek Moore’a”. Co nie znaczy, że jest zła- jest według mnie tylko gorsza od innych. Ale od początku…
Tucker Case jest pilotem. I nieudacznikiem. A jeśli dodamy do tego jeszcze upodobanie do alkoholu i pięknych kobiet, otrzymamy rozbity samolot, utratę reputacji i parę innych niezbyt przyjemnych konsekwencji. O dziwo, dzięki kraksie dostaje propozycję doskonałej pracy u misjonarzy na wyspie- pracy za duże pieniądze, gdzie ma latać nowym, wypasionym samolotem. Zbyt piękne by mogło być prawdziwe, ale w sumie dobrze się składa bo i tak musi uciekać z kraju. A sprawę pochodzenia tak dużych pieniędzy na biednej wyspie przemyśli jak już będzie na miejscu. Hmm, tylko jak się tam dostać?
Christopher Moore bez dwóch zdań jest mistrzem dobrego dowcipu. Elementy nadprzyrodzone, absurdalne, gra przypadków, omyłek, zabawne sytuacje, przerysowane postacie- mogłoby się zdawać, że za dużo śmiechu to też nie zdrowo. Ale nie u Moore’a. Tutaj wszystko ze sobą idealnie gra i na dłuższą metę nie nuży, choć cała książka aż kipi humorem. Do tego znajdziemy bardzo wyrazistych bohaterów, cięte dialogi i ciekawą historię napisaną językiem lekkim i przystępnym.
Moore bywa wulgarny, prześmiewczy, można w jego twórczości znaleźć sceny erotyczne, które ze zmysłowością mają mało wspólnego, ale w tym właśnie tkwi uroda jego stylu. Trzeba mieć talent aby z tymi elementami nie przesadzić i nie zrazić do siebie czytelnika, a Moore z pewnością tę zaletę posiada.
Jeżeli miałabym się na siłę do czegoś przyczepić, to jedynie do fabuły, która dosyć wolno się rozwija. Owszem, na początku też się coś dzieje, ale dopiero w drugiej połowie akcja nabiera tempa i nie pozwala odłożyć książki na bok.
Gdyby to było moje pierwsze spotkanie z autorem, zapewne dostałby ode mnie wyższą ocenę. Ale ponieważ w pamięci wciąż mam "Baranka" czy "Brudną robotę", to "Wyspa wypacykowanej kapłanki miłości" wypada przy nich trochę bladziej. Mimo, że jest zabawna i wciągająca, to nie jest AŻ TAK zabawna i nie jest AŻ TAK wciągająca.

niedziela, 10 lipca 2011

"Eona. Ostatni Lord Smocze Oko"

autorka: Alison Goodman
moja ocena: 4/6
wydawnictwo: TELBIT
rok wydania: 2011
liczba stron: 656

Druga część książki „Eon. Powrót Lustrzanego Smoka” była chyba najbardziej wyczekiwaną przeze mnie pozycją w tym roku. Byłam niezmiernie ciekawa co tym razem zaserwuje nam autorka, jak rozwinie rozpoczęte wątki no i oczywiście jak potoczą się losy Imperium oraz samej lady Smocze Oko. Gdy tylko w księgarniach pojawiła się „Eona. Ostatni Lord Smocze Oko” moja biblioteczka wzbogaciła się o kolejną pozycję, a ja wsiąkłam na długie godziny, utonęłam w Imperium Niebiańskich Smoków i niełatwo było mi się stamtąd wyrwać. Posłuchajcie…
Po ucieczce z pałacu Eona wraz z przyjaciółmi jest zmuszona ukrywać się przed ludźmi Sethona. W dodatku musi odnaleźć prawowitego następcę tronu- księcia Kygo oraz czarny foliał, który jest w posiadaniu Dillona. Przydałoby się jeszcze zrobić coś z mocą, którą co prawda Eona posiada, ale nie bardzo wie jak jej używać, no i z samym okrutnym Sethonem, który więzi w pałacu Lorda Ido. Do tego Smoki, które straciły swoich Lordów, zaczynają wariować. Można by powiedzieć: „ale się porobiło!”. A to jest dopiero początek, zapewniam Was. Czarny foliał skrywa nie tylko ogromną moc, ale również straszną tajemnicę, a rozwiązanie tej zagadki może zmienić losy Imperium.
W porównaniu z poprzednią częścią, w „Eonie” dużo więcej się dzieje. Można odnieść wrażenie, że„Eon” był tylko wstępem do całej historii, miał nas zapoznać ze światem, z bohaterami i sytuacją. „Eona” zaś to już czysta akcja. Z każdą kolejną stroną przybywa tajemnic, problemów i nieporozumień. I tak jest do samego końca, więc oderwanie się od lektury wymaga żelaznej woli. Na szczęście ułatwiają nam to wywody myślowe Eony. O ile w pierwszej części nie rzucały się za bardzo w oczy, o tyle w drugiej momentami doprowadzały mnie do pasji. Lady Eona bez przerwy myśli, zastanawia się, rozważa, wspomina i wyobraża (często w kółko to samo i w najciekawszych momentach; później rzecz jasna i tak postępuje inaczej). Dużo z tych wynurzeń dotyczy… miłości. Wątek romantyczny (żeby to jeden), który początkowo nadawał „smaczku” i był kopalnią problemów, z czasem zaczął irytować. Wiadomo- miłość zawsze musi się gdzieś wcisnąć i ja na to nie narzekam, ale czasem nie można w nieskończoność piętrzyć miłosnych problemów, bo to po prostu nudzi.
Mimo że lady Eona nie wzbudziła we mnie wielkiej sympatii i były momenty, w których chciałam ze złością rzucić książkę w kąt, to jednak muszę autorce wybaczyć wszelkie niedociągnięcia. Napisała wspaniałą historię, obmyśliła rozbudowaną intrygę, rozgrywającą się w pięknym świecie, z udziałem złożonych bohaterów, zadbała o każdy najdrobniejszy szczegół. Jest to książka typu: „nie do przeczytania, a do pochłonięcia w całości”, która wzbudza wiele emocji (zarówno tych dobrych, jak i trochę gorszych) i która zostaje gdzieś tam głęboko w wyobraźni, mimo że szczegóły mogą z czasem wywietrzeć.
„Eon. Powrót Lustrzanego Smoka” to książka tętniąca kulturą Dalekiego Wschodu, magią, tajemnicą i świeżością. „Eona. Ostatni Lord Smocze Oko” jest pełna akcji, intryg i zagadek. Zależy co kto lubi, ja przepadam za tym i za tym i obie części przeczytałam z prawdziwą przyjemnością.


Moja opinia na temat poprzedniej części książki:

czwartek, 7 lipca 2011

"Kłopoty w Hamdirholm"

autor: Wojciech Świdziniewski
moja ocena: 6/6
wydawnictwo: Fabryka Słów
rok wydania: 2009
liczba stron: 338

Na wewnętrznej stronie okładki tytułowej znajduje się notka o autorze, gdzie pierwsze słowa brzmią: „Rocznik 75, birbant, hulaka, utracjusz.” Czy czytając taką charakterystykę można się spodziewać poważnego dzieła, poruszającego tematy ważne i ponadczasowe, wyróżniającego się stylem i kwiecistym językiem? Jasne, że nie, ale za to możemy być przygotowani na świetną zabawę, mnóstwo śmiechu i przyjemnie spędzony czas z lekturą.
„Kłopoty w Hamdirholm” to zbiór ośmiu opowiadań połączonych miejscem akcji, bohaterami i fabułą (właściwie gdyby nie tytuły i czasami odległość czasowa między poszczególnymi historiami, można by potraktować tę książkę jako powieść). Miejscem akcji, jak łatwo się domyślić, jest tytułowe Hamdirholm- kopalnia krasnoludów, potomków Hamdira. Fabułę natomiast stanowią niemniej oczywiste tytułowe kłopoty, czyli różnie: związek krasnoluda z elfką, wojny (na ogół słowne) z wrogim sąsiednim klanem, wizyta sekty tolkistów (wyznawców Mistrza Tolka), łurzowe kłuliki, interesy z nie całkiem umarłymi zmarłymi i całe mnóstwo innych.
Jeśli to jeszcze mało to pozwólcie, że wymienię kilku bohaterów: uczulony na krew wampir, barbarzyńcy z wyższym wykształceniem, różowy królik vel eteryczna smoczyca, nieumarli zmarli, którzy chcieliby się napić a nie bardzo mogą, bo wszystko przez nich przecieka, wędrowna trupa sztukmistrzów (w składzie: Gimli, Golas, Gandzialf, Paragon, Borostwór i cztery dzieciaki w bamboszach). Elfy też są, ale- dla odmiany- takie… normalne.
Do tego wszystkiego dodajmy oczywiście całą rasę krasnoludów: szczerych i pięknych w swej prostocie, lubujących się w dobrej zabawie, pijaństwie i kobietach z owłosionymi nogami, ale również honorowych, porywczych i skłonnych do bijatyki.
Cała ta zbieranina postaci i ich problemów nie pozostawia innego wyjścia, no po prostu musi być śmiesznie. A skoro coś musi być, to tak jest: świetny humor, czasem absurdalny, czasem niemal czarny, nigdy nie przesadzony, nie nudzący i nie wymyślany na siłę, ale za to zawsze śmieszny.
„Kłopoty w Hamdirholm” to lektura lekka i zabawna, nastawiona na sprawianie przyjemności, ale nie pozbawiona morału i kierowania uwagi na „poważniejsze” sprawy. Bardzo żałuję, że pan Wojtek nie rozśmieszy mnie więcej kolejnymi książkami i mam nadzieję, że tam gdzie teraz jest równie udanie rozbawia towarzystwo.

poniedziałek, 4 lipca 2011

"Rio Anaconda"

autor: Wojciech Cejrowski
moja ocena: 6/6
wydawnictwo: Zysk i S-ka
rok wydania: 2006
liczba stron: 435

Odkąd tylko pamiętam fascynowała mnie tropikalna dżungla: tysiące kilometrów terenu gdzie nie postała ludzka stopa, pierwotne kultury Indian, tysiące gatunków roślin i zwierząt, w tym te jeszcze nie poznane i te, które nie występują nigdzie indziej na świecie. Od dziecka na mojej liście wymarzonych podróży, na pierwszym miejscu twardo stoi Amazonka.
No cóż, mam nadzieję, że będę mogła sobie kiedyś pozwolić na taką podróż, a póki co swoją fascynację zaspokajam czytaniem książek o przygodach innych.

Wojciecha Cejrowskiego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać- dużo się o nim mówi w mediach, on sam też dużo mówi. Znany dziennikarz, podróżnik, publicysta, pisarz i gospodarz wielu programów telewizyjnych, w tym oczywiście tych o tematyce podróżniczej. Słynie z konserwatywnych poglądów i ciętego języka. Można Cejrowskiego lubić lub nie, można się zgadzać z jego poglądami bądź nie, ale jego lektury TRZEBA przeczytać.
„Rio Anaconda” to książka o poszukiwaniu i poznawaniu Indian Carapana, mieszkających na pograniczu Kolumbii i Brazylii. Przy czym nie jest to dziennik z podróży, co to to nie. Chronologii w tej książce jest niewiele, informacji geograficznej jeszcze mniej. To jest Opowieść- o przygodach, o kulturze, o czarach, o niebezpieczeństwach, o strachu, o przyjaźni. A Cejrowski potrafi opowiadać jak mało kto i przy tym robi to z humorem (warto tu wspomnieć chociażby o przypisach, które na ogół wcale nie pełnią funkcji objaśniającej).
Książka podzielona jest na osiem części (Ksiąg), z których każda opisuje oddzielny etap podróży. W każdej z nich występują wstawki (ciemne strony z białym drukiem) wyjaśniające pewne zagadnienia czy terminy, opatrzone wieloma fotografiami. Księgi dzielą się natomiast na małe zatytułowane rozdziały, stanowiące jakby oddzielne opowiadania, przygody, zdarzenia czy rozmowy (czasem będące kontynuacją poprzednich, a czasem dziejące się w odległym czasie i miejscu).

„Rio Anaconda” to książka, którą ma się ochotę pochłonąć w całości i od razu. Czyta się ją jednym tchem, wciąga i fascynuje, ale… jednocześnie nie da się jej przeczytać „na raz”. Autor porusza tematy skłaniające do myślenia, refleksji lub przynajmniej do określenia swojego stanowiska (na przykład czary- wierzyć czy nie wierzyć?; kultura pierwotna- chronić, czy ucywilizować?), nie można przejść dalej i zapomnieć.
Niby zwykła książka podróżnicza, a jednak... niezwykła.

piątek, 24 czerwca 2011

"Czarna szabla"

autor: Jacek Komuda
moja ocena: 3/6
wydawnictwo: Fabryka Słów
rok wydania: 2007
liczba stron: 286

Uważam się za fankę polskiej fantastyki, do tej pory jednak książki Jacka Komudy jakoś się przede mną chowały. Pisarz ten jest z wykształcenia historykiem, pasjonatem i znawcą Rzeczpospolitej szlacheckiej, można zatem przewidzieć o czym pisze. I widać, że robi to z pasją.
Akcja „Czarnej szabli” osadzona jest w realiach XVII- wiecznej Polski, gdzie ziemie, władza, i zaszczyty leżały w rękach szlachty, a niżej urodzeni obchodzili ich mniej więcej tyle co zeszłoroczny śnieg. Główni bohaterowie i ważniejsze osobistości są realnymi postaciami historycznymi, dla których najwyższe wartości to honor, tytuł szlachecki i służba.
Książka składa się z pięciu opowiadań, które łączy osoba Jacka Dydyńskiego- znanego rębajły, zajezdnika i mistrza w szabli, człowieka do bólu honorowego, wrażliwego na kobiece wdzięki i niesprawiedliwość. Jego niebezpieczne przygody pełne są pojedynków, pościgów i rozwiązywania wszelkich problemów przy pomocy szabli.
Największą zaletą książki jest jej wartość poznawcza- bogate opisy strojów, broni, stosunków panujących między różnymi warstwami społecznymi, trochę polityki i relacji z sąsiadami, a wreszcie słownictwo, jakim posługują się postacie- to wszystko sprawia, że przenosimy się w czasy polskiej szlachty- czasy brutalne, niebezpieczne i krwawe, ale także honorowe i oparte na prostych zasadach.
Już od pierwszych stron widać, że Komuda w swojej książce skupił się przede wszystkim na akcji i przedstawieniu świata, a bohaterowie są jedynie do niego dodatkiem, środkiem do celu. Nie wiemy o nich praktycznie nic poza tym, co robią w danej chwili lub kim byli w przeszłości, nie wiemy co myślą, ani co czują (nawet wątki romantyczne sprowadzają się głównie do składania obietnic gładkim waćpannom, reszty musimy się domyślić). Wiemy natomiast jak walczą, gdzie zamierzali ciąć szablą i jak unikają ciosów, gdyż opisy pojedynków są naprawdę szczegółowe.
Zaliczenie „Czarnej szabli” do gatunku fantasy byłoby dużym nieporozumieniem. Książka jest zbiorem opowiadań typowo historycznych, choć zawiera elementy tajemnicze i nadnaturalne. Czyta się lekko, szybko i przyjemnie, ale trzeba się początkowo przyzwyczaić do typowego, archaicznego słownictwa. Ja polecałabym tą książkę wszystkim, którzy chcieliby przenieść się w czasy Rzeczpospolitej szlacheckiej i przekonać ile wtedy znaczył honor.

niedziela, 10 kwietnia 2011

"Wilczy miot"

autor: S. Andrew Swann
moja ocena: 3/6
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
rok wydania: 2010
liczba stron: 382

Do przywidzenia było, że po modzie na wszelkiej maści wampiry musi przyjść czas na wilkołaki. I tu też autorzy mają duże pole do popisu, ponieważ wyobrażeń na temat tych istot jest wiele. Wilkołaczyca Swann’a jest oczywiście nadzwyczaj piękna i silna w ludzkiej formie, została wytresowana do zabijania pogan, całkowicie kontroluje swoją postać i nie jest zależna od księżyca, leczy się w ekspresowym tempie (wliczając odrastanie utraconych kończyn), srebro powstrzymuje przemianę w pół- wilka i zadaje rany, które trudno się goją. Autor postanowił umieścić fabułę swojej książki w czasach krucjat krzyżowych, chrystianizacji Prus i konfliktu cesarza Fryderyka II z papieżem Grzegorzem IX- wszystkie te elementy stanowią zarówno tło jak i przyczynę całej historii.
Lilię wraz z rodzeństwem znalazł w lesie, w legowisku demonicznego wilka, rycerz zakonu krzyżackiego. Została wytresowana do zabijania pogan, którzy nie chcieli przyjąć Chrystusa. Wpojono jej bezwzględne posłuszeństwo swojemu panu. Tylko że ów pan dostał pewnego dnia rozkaz zabicia bestii. Lilia uciekła więc ze swojego więzienia i - choć ciężko ranna- zdołała ukryć się w lesie gdzie znalazł ją Uldolf. Jak łatwo się domyślić rycerze zakonu nie spoczną póki nie znajdą potwora i głównie na tym opiera się cała akcja.
Książka podzielona jest na osiem części, w których rozgrywa się historia, poprzedzielanych interludiami, które stanowią retrospekcje z czasów dzieciństwa Lilii. Te wstawki oczywiście mają jakieś swoje funkcje budowania napięcia, wyjaśnienia postępowania bohaterów, czy inne takie. Jednak w książce, gdzie akcja i tak rozwija się bardzo powoli, a napięcie owszem- pojawia się, ale dopiero na ostatnich kilkudziesięciu stronach, takie przerywniki są niepotrzebne, rozpraszające i zniechęcające. Powodem żółwiego tempa z jakim historia płynie są niekończące się rozmyślania Lilii, Uldolfa i Erharda o przeszłości, o Bogu, o pochodzeniu, o tym kto jest dobry a kto zły i o tym co im tam tylko wpadło do głowy.
Sposób w jaki Swann prowadzi narrację również sprawia wrażenie, że chciał na siłę przedłużyć książkę- dzieli całość na drobne rozdzialiki, a w każdym przypomina co zdarzyło się w poprzednim, ale z punktu widzenia innego bohatera. W efekcie w jednym akapicie przeczytamy na przykład, że Uldolf znalazł Lilię nad strumieniem, nagą i ranną, a w następnym dowiemy się że Lilia leżała naga i ranna nad strumieniem, kiedy znalazł ją Uldolf. Oczywiście przy tej okazji autor zaznajomi nas z tym co oboje w tym czasie myśleli itd. W rzeczywistości powieść mogłaby mieć o połowę mniejszą objętość i wcale nie straciłaby przez to na wartości, być może wręcz przeciwnie.
„Wilczy miot” czyta się łatwo, ale też nie budzi szczególnych emocji, a po przeczytaniu niewiele zostaje w pamięci.
Trzeba jeszcze wspomnieć, że umieszczenie fabuły w realnym świecie, w trzynastym wieku, wymagało od autora wiele pracy i poświęcenia. Opisane zasady, tradycje, statuty zakonu krzyżackiego wiązały się z dogłębnymi studiami tekstów o tamtych czasach. Właśnie ten historyczny aspekt książki jest jej największym atutem i z tego względu sięgnęłabym po następny tom, gdyby tylko wpadł mi w ręce.

środa, 6 kwietnia 2011

"Konspiratorzy"

autorka: Shan Sa
moja ocena: 3/6 
wydawnictwo: MUZA SA
rok wydania: 2007
liczba stron: 222

Ayamei była na Placu Tiananmen, kiedy dokonywano tam masakry studentów. Była ich liderką. Zdołała jednak uciec przed wojskiem i po wielu trudach dotrzeć do Paryża, gdzie uzyskała status uchodźcy politycznego. Teraz żyje skromnie w kamiennicy przy Ogrodzie Luksemburskim, jest założycielką Stowarzyszenia Przyjaciół Demokracji w Chinach i jest samotna.
Johnatan Julian natomiast jest szpiegiem. Należy do organizacji- sekty Zielony Mandat, której ogólnym celem jest tropienie korupcji na wysokich szczeblach władzy. Wprowadził się do kamiennicy, w której mieszka Ayamei, a jego zadanie to uwieść i namówić do współpracy swoją sąsiadkę.
Książka podzielona jest na cztery części, z których każda ukazuje rzeczywistość z punktu widzenia różnych bohaterów. A ów punkt widzenia jest naprawdę odmienny.

Miłośnikom zawrotnej akcji, rozbudowanej fabuły i dialogów ta pozycja z pewnością nie przypadnie do gustu. Treść nie skupia się na tym co się dzieje na zewnątrz, lecz na tym co siedzi w środku, w głowach bohaterów; jest pełna przemyśleń, wspomnień i planowania nowych kłamstw. Gdzieś w tle pojawia się intryga polityczna, trochę historii życia bohaterów i opisów sytuacji Chin we współczesnym świecie. Całość, włączając barwny styl autorki, sprawia, że książki nie czyta się jednym tchem, niektóre sprawy trzeba przemyśleć, wczuć się w role bohaterów.

Po przeczytaniu tej lektury wyszukałam informację, że masakra na placu Tiananmen była punktem zwrotnym w życiu Shan Sa i wagę tego wydarzenia dla autorki widać wyraźnie w „Konspiratorach”. Po tym zdarzeniu, w wieku 18 lat, wyjechała z Chin i osiedliła się w Paryżu. Jej inna książka- „Brama Niebiańskiego Spokoju” również nawiązuje do postaci Ayamei, bohaterki spod Tiananmen (w rzeczywistości jedyną kobietą wśród liderów protestu była Chai Ling, która być może stanowiła dla autorki inspirację do stworzenia Ayamei).

sobota, 2 kwietnia 2011

"Żarna Niebios"

autorka: Maja Lidia Kossakowska
moja ocena: 6/6
wydawnictwo: Fabryka Słów
rok wydania: 2008
liczba stron: 509

Przygodę z twórczością M.L. Kossakowskiej rozpoczęłam od „Siewcy wiatru”, którą to powieścią zaskarbiła sobie moje dozgonne uwielbienie. Świat, który stworzyła zauroczył, bohaterowie wzbudzili żywe emocje, a fabuła pochłonęła mnie na dobre. Z zapałem i dużymi oczekiwaniami sięgałam po inne książki autorki i z każdą kolejną rósł mój zawód. „Zbieracz burz”- kontynuacja „Siewcy wiatru” nie miał już tej magii i duszy. „Czerń”, pierwszy tom z serii „Upiór południa” skutecznie zniechęciła mnie do lektury pozostałych części swoją eterycznością i mistycyzmem. „Więzy krwi” to zbiór opowiadań słabszych i lepszych, ale też nie wyróżniających się z tłumu. I wreszcie dorwałam w bibliotece „Żarna Niebios”. Już po kilku stronach mogłam śmiało powiedzieć, że znalazłam to czego szukałam…

„Żarna Niebios” to zbiór dziesięciu opowiadań, z których każde jest odrębne, ale łączy je miejsce i niekiedy bohaterowie. Wszystkie historie rozgrywają się w świecie oraz z udziałem postaci z „Siewcy wiatru” i opisują wydarzenia, które tam stanowiły jedynie wzmiankę, tło lub czyjeś wspomnienie. I tak spotykamy się z archaniołem Gabrielem i „jego bandą” i dowiadujemy się jak ciężko jest im ukrywać straszną tajemnicę, odkrywamy czemu Asmodeusz tak nienawidzi Lilith, poznajemy ciężką pracę aniołów stróżów i jeszcze cięższe życie aniołów- narkomanów.
Warto również wspomnieć, że ostatnie opowiadanie pt. „Beznogi tancerz” jest zarówno prologiem do „Siewcy wiatru” i przybliża nam historię Daimona, którego Pan powołał do specjalnej służby.
Ten zbiór jest uzupełnieniem całości. Zastanawiającym się nad kolejnością czytania anielskiej serii polecam jednak zacząć od „Żaren Niebios”, gdyż każde opowiadanie będzie miało wtedy smak nowości, pełnej niespodzianek i zwrotów. Styl autorki jest niezmienny: lekki i przystępny, obfity w barwne opisy i ciekawe dialogi, nieraz pełen sarkastycznego humoru.

Z radością stwierdzam, że „Żarna Niebios” to zbiór opowiadań na najwyższym poziomie, pani Kossakowska w najlepszym (obok „Siewcy…”) wydaniu. Cieszę się, że mogłam ponownie spotkać się z moimi ulubionymi bohaterami w tym pięknym, niekiedy brutalnym, ale pełnym magii i wiary świecie.

wtorek, 29 marca 2011

"Eon. Powrót Lustrzanego Smoka"

autorka: Alison Goodman
moja ocena: 5/6
wydawnictwo: TELBIT
rok wydania: 2010
liczba stron: 575

„Eon. Powrót Lustrzanego Smoka”- najlepsza powieść fantasy 2008 roku, zyskała uznanie krytyków i rzesze fanów, zdobyła liczne nagrody i wyróżnienia, została przetłumaczona na dziesięć języków… i tak dalej- takie hasła rzucają się na nas z okładki. No cóż, jak mawia przysłowie „każda pliszka swój ogon chwali”, ale czasem przynosi to odwrotny do zamierzonego efekt, a słowo „bestseller” odstrasza bardziej niż ceny cukru w obecnych czasach. Szkoda by było, gdyby ktoś się zniechęcił, bo lektura naprawdę jest warta przeczytania.

Eona przez cztery lata, pod okiem swojego mistrza, przygotowywała się do ceremonii wyboru ucznia Szczurzego lorda Smocze Oko. Przez cztery lata ukrywała swą płeć, gdyż tylko chłopcom wolno było kandydować. Poza tym była kaleką. Jednak posiadała także wielką moc- miała dar widzenia wszystkich dwunastu (obecnie jedenastu, gdyż Lustrzany Smok opuścił Imperium wiele lat temu) smoków, co się dotąd nigdy wcześniej nie zdarzyło, bowiem smoki ukazywały się jedynie swoim lordom oraz ich uczniom. Gdyby została wybrana na ucznia przez Szczurzego Smoka zapewniłaby sobie oraz swojemu mistrzowi honor, władzę oraz dostatnie życie.
Tymczasem w Imperium Niebiańskich Smoków nie dzieje się dobrze. Cesarz ma problemy ze zdrowiem, a na jego miejsce czyha zazdrosny brat, który dodatkowo ma poparcie obecnego przewodniczącego Smoczej Rady- Szczurzego lorda Smocze Oko. Co ma z tym wspólnego Eona i jaka będzie jej rola- nie zdradzę, polecam natomiast dowiedzieć się samemu podczas lektury tej pozycji w literaturze fantasy, bo warto.

Największą zaletą książki jest chyba świat, który został tu przedstawiony. Autorka sama przyznaje, że początkowo czerpała inspirację z historii i kultury Dalekiego Wschodu i odczuwa się to na każdej stronie. Mamy tu zatem opisy architektury (piękne ogrody, kolorowe budynki, rzeźby strzegące bram), rytuałów (świetnie ukazane obrzędy pogrzebowe), hierarchii (rodzaj i głębokość pokłonów w zależności od pozycji społecznej), szat i sposobu ubierania oraz wielu innych elementów tradycji i kultury Chin i Japonii. Jest to świat przebogaty, pełen barw, dźwięków i zapachów, opisy są liczne, ale nieuciążliwe.

Kolejną zaletą są smoki, a raczej ich oryginalność. Jeśli spodziewacie się typowych, latających i ziejących ogniem gadów, to możecie się zawieść. Niebiańskie Smoki są rogate i brodate (znowu ukłon w stronę kultury Dalekiego Wschodu) i właściwie mało jest w tej książce o smokach samych w sobie (wszak na ogół są niewidzialne), bardziej o ich energii, mocy i zjednoczeniu z człowiekiem.

Książkę czyta się szybko, mimo czasem uciążliwych fragmentów opisujących świat energii. Alison Goodman ma pióro lekkie i przystępne, a Smocze Imperium wraz ze swoją tradycją i intrygami przyciąga do lektury i pobudza wyobraźnię. Chyba najlepszą rekomendacją „Eon’a” będzie stwierdzenie, iż z niecierpliwością czekam na drugi tom- „Eonę”, która ma się pojawić już w kwietniu tego roku. Niestety na polskie tłumaczenie przyjdzie nam pewnie trochę poczekać.

czwartek, 24 marca 2011

"Harry Potter i kamień filozoficzny"

autorka: J.K. Rowling
moja ocena: 5/6
wydawnictwo: Media Rodzina
rok wydania: 2000
liczba stron:326

Gdyby ktoś mnie kiedyś zapytał, która książka miała największy wpływ na moje obecne upodobania literackie, bez wahania odpowiem, że „Harry Potter”. Gdyby ktoś mnie zapytał, którą książkę mogłabym czytać wielokrotnie, nawet znając jej treść na pamięć, odpowiedź również brzmiałaby „Harry Potter”. I jeśli ten ktoś zapytał by mnie, którą książkę będę najchętniej czytała swoim dzieciom, odpowiem tak samo- „Harry Potter”.

To dzięki tej niepozornej książce, za namową przyjaciółki, rozpoczęłam swoją przygodę z fantasy, a może i w ogóle z książkami, dzięki niej poznałam smak nieprzespanych nocy, poczułam jak to jest kompletnie oderwać się od rzeczywistości. Mnóstwo ludzi, w tym i ja, zastanawia się nad fenomenem „Harry’ego Potter’a”. Co takiego jest w tej książce, że tak mnie zauroczyła? Magia, odwaga, zagadka? Przecież niemal  każda pozycja w literaturze fantasy się o nie opiera. Lekki styl, prosty język, piękne wydanie? Również są bardzo często spotykane. Ale ale…

Któż z nas nie marzył w dzieciństwie, o tym żeby zostać czarodziejem/czarodziejką (albo chociaż umieć zgasić światło bez wstawania z łóżka)? Któż z nas nie chciał być kiedyś sławny, rozpoznawany na ulicy, doceniany i szanowany? I w końcu któż z nas nie chciał chronić słabszych, ratować ludzkości przed niebezpieczeństwem? A Harry Potter w dniu swoich jedenastych urodzin właśnie to otrzymał. I to wszystko naraz. Jego życie się zmieniło na lepsze, a skoro jego się zmieniło, to tak sobie myślę, że moje może też się kiedyś odmieni.

To jest książka o dobru, które zawsze zwycięża zło, o przyjaźni, która pomaga przetrwać trudne chwile, o magii, która powinna służyć prawu, a także o odwadze, marzeniach i nadziei. Jest o świecie, w którym każdy pragnie żyć: bezpiecznym, fascynującym, wygodnym, atrakcyjnym, u boku przyjaciół jakich każdy pragnie mieć.

Dlaczego więc tą książkę uwielbiam? Bo jest o marzeniach. O moich marzeniach.

poniedziałek, 21 marca 2011

"Gra o Ferrin"

autorka: Katarzyna Michalak
moja ocena: 4/6
wydawnictwo: Albatros
rok wydania: 2010
liczba stron: 421

Katarzyna Michalak- ostatnio chyba jedna z popularniejszych polskich pisarek, znana przede wszystkim z cyklu „Poczekajka”, ale jak sama przyznaje to „Gra o Ferrin” jest dziełem jej życia.
Dość sceptycznie podchodziłam do tej książki z kilku powodów: po pierwsze nie zachęcił mnie ani opis na okładce, ani tym bardziej sama okładka, do tego w mojej bibliotece książka miesiącami stała na półce nie zwracając niczyjej uwagi. Sama pewnie bym się na nią nie skusiła gdyby nie mnóstwo pozytywnych opinii jakie przeczytałam. I nie żałuję.

Karolina, młoda lekarka pogotowia ratunkowego, po kolejnej nieudanej próbie uratowania ludzkiego życia, postanawia opuścić świat, którym rządzi śmierć i pieniądz. Poprzez rytuał przejścia wybiera się do krainy z marzeń, o której tyle opowiadała jej ciotka- do pięknego, baśniowego, magicznego Ferrinu. Tutaj Anaela (bo takie imię Karolina przybrała w tym świecie) dowiaduje się o niewyobrażalnej mocy, którą posiada, o niszczącej kraj wojnie i o swoim w niej udziale jako Pierwsza z Przepowiedni. Gdyby wiedziała co ją tu czeka, nigdy by się nie wybrała w taką podróż. Miłość, nienawiść, zdrada, śmierć, ból, poświęcenie…

Anaela niemal powala swoją doskonałością- leczy, ratuje, naraża życie za każdego kto się nawinie, zasłania własnym ciałem, obiecuje niestworzone rzeczy, do tego posiada nadprzyrodzone moce, których używa li tylko do ratowania życia przyjaciół i wrogów. O tym, że jest piękna i ponętna nie muszę chyba wspominać. Pozostali bohaterowie może nie są postaciami zbyt oryginalnymi, ale większość z nich posiada przynajmniej jakieś wady (lub same wady).

Ogromną rolę w tej książce odgrywają emocje. To one napędzają bohaterów, to na nich opiera się cała akcja, to one są przyczyną wszystkich wydarzeń. A wśród nich królują miłość oraz nienawiść.
Fabuła powieści jest rozbudowana, choć trochę chaotyczna, gdyż autorka prowadzi narrację z punku widzenia wielu bohaterów. Unika pisania o przeszłości (o Karolinie z czasów jej ziemskiego życia nie wiemy praktycznie nic), zapoznaje nas jedynie z niezbędnymi faktami, czasami niewystarczającymi, by dopiero na ostatnich stronach co nieco wyjaśnić.
Dużym minusem jeżeli chodzi o fabułę jest potraktowanie dużej części bohaterów w taki a nie inny sposób- sprawia to wrażenie, jakby autorka nie wiedziała co z nimi uczynić gdy już przestali odgrywać swoją rolę w powieści.

Sam pomysł na książkę, może niezbyt oryginalny, bardzo mi się jednak spodobał- baśniowa kraina, wojna, magia, miłość i zdrada, elfy i wiedźmy- to są moje ulubione klimaty.
K.M. sama o sobie mówi, że jej styl to dialog i akcja, brak opisów przyrody. I trzeba przyznać, że dzieje się tu i dużo i w trybie przyspieszonym, nie ma miejsca na przystanek i nabranie oddechu. Cała historia kończy się równie szybko jak się zaczęła, pozostawiając po sobie pytania, na które odpowiedzi czekać będą w następnych tomach (mam nadzieję).

czwartek, 17 marca 2011

"Tajny wywiad cara Grocha"

autor: Andriej Bielanin
moja ocena: 4/6
wydawnictwo: Fabryka Słów
rok wydania: 2010
liczba stron: 268

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami… tfu, stop! Przecież jesteśmy w rosyjskiej bajce. Jeszcze raz:
W dwudziestym siódmym królestwie, tam gdzie ptak nie doleci, wilk nie dobiegnie, koń nie doskoczy, co gorsze- w czasach sprzed sprowadzenia kartofli, stoi sobie miasto Łukoszkino, w którym siedzibę swoją ma pewien car. Car Groch dokładnie- odważny, przeważnie mądry, w złości porywczy nieco (najpierw podejrzanych wiesza, później dowodzi winy), ale o miasto i jego mieszkańców dba. A w mieście tym zamieszkuje pewna Baba Jaga. I jak na prawdziwą Babę, a do tego Jagę przystało: ta gotuje wybornie, czaruje niezgorzej i wygląda strasznie. Ale serce ma ze złota. Dlatego też kiedy z jej piwnicy wyszedł podporucznik milicji Nikita Iwanowicz Iwaszow, przybysz z odległego świata (czyli mniej więcej współczesnej Rosji) udzieliła mu wszelkiej gościny, a ze swojej chaty pozwoliła zrobić miejscową komendę milicji, jedyną na cały kraj, a pewnie i ówczesny świat. Dobry milicjant w każdym miejscu i czasie dba o ład, porządek i służy prawu, więc Nikituszka szczerze mówiąc mocno przejęty nowym otoczeniem nie był. Miał wikt i opierunek, dobrą pracę, regularną płacę- lepiej niż w poprzednim domu (tylko tych kartofli żal, bo zjadłoby się takich pieczonych). Znajomości też sobie szybko wyrobił, bo sam car Groch liczył się z jego zdaniem!
Tak więc kiedy carski skarbiec zostaje okradziony, Nikita Iwanowicz ma niepowtarzalną szansę wykazania się i schwytania złodzieja. Jednak nie będzie to takie proste, bo okazuje się, że skradziony kuferek złota to jedynie wierzchołek góry lodowej, a cała sprawa jest znacznie poważniejsza.

Nie wiem skąd biorą się pomysły w głowie Andriej’a Bielanin’a, ale jest ich tam całe mnóstwo. W jego książkach zawsze tyle się dzieje, że czasem trudno sobie przypomnieć kolejność zdarzeń, przeplata się wiele różnych motywów i rozwiązań, które co najdziwniejsze nie kłócą się ze sobą, ani nie powodują przesytu. Obok siebie pojawiają się więc elementy rosyjskiego folkloru, współczesnej muzyki czy literatury angielskiej (bo nie wiem czy wiecie ale Szekspir „Romea i Julii” sam nie wymyślił, tylko bezczelnie ściągnął gdzieś podsłuchaną historię Romka i Julki, co to niedaleko Łukoszkina mieszkali i żadną się tam tajemniczą miksturą nie truli, tylko się Romko narąbał do nieprzytomności).
Co więcej- humoru tej książce też nie brakuje, więc podczas lektury no po prostu nie można się nudzić, choćby się bardzo chciało, a już szczególnie gdy do akcji wkracza mój ulubieniec Mitka- chłop jak dąb, życie by za ojczyznę oddał, ale inteligencją zbytnio nie grzeszy. Lekki styl autora, praktycznie brak jakichś bardziej szczegółowych opisów, więc całość czyta się szybko i przyjemnie.
Może i ta historia nie mrozi krwi w żyłach, może nie przyspiesza bicia serca, ale na pewno zapewnia rozrywkę i dużą dawkę dobrego humoru.